Bieganie to emocje!

2 Dycha po Żarach - czyli nic już nie rozumiem

2 Dycha po Żarach - czyli nic już nie rozumiem

2016-04-17

W czasie 2 Dychy po Żarach padła moja najmniej spodziewana życiówka na 10km. Stąd moja radość była ogromna, na mecie cieszyłem się jak głupi! Skakałem i machałem rękami. Jak? Skąd taki dobry czas? Nie mam pojęcia. Ale po kolei.

Po niedzielnym maratonie w Dębnie doszedłem do siebie w miarę szybko. W środę wyszedłem na wolną piątkę w pierwszym zakresie. Powolutku, przyjemnie. W czwartek to powtórzyłem a w piątek pobiegłem 2,5km na zajęcia z CrossRunningu i 2,5km po zajęciach do domu. Na CrossRunningu nie byłem dość dawno, co zaowocowało sporymi zakwasami. Trochę szkoda, bo do Żarskiej Dychy został tylko tydzień i chciałem jeden, szybszy trening jeszcze zrobić. No i zrobiłem go w środę. Mało nie umarłem. 10 km ze średnim tempem 5:03 na tętnie z pogranicza zawału. Z nadzieją na rychłą poprawę formy wyszedłem jeszcze raz w piątek, na dwa dni przed zawodami, na krótki bieg. Miała być rozgrzewka a potem 3x1000m w tempie 4:30 z długą przerwą na odpoczynek. Wyszło 2x1000m + 1x500m w tempie 4:34, 4:39 i 4:37... I to było maksimum moich możliwości.

Skoro nie potrafię rozpędzić się na jednym kilometrze to co tu marzyć o 10km w tempie 4:29? A właśnie o tym marzyłem. Mój ostatni oficjalny rekord z zawodów na 10km to 47:07 z III Wolsztyńskiej Dziesiątki, ale to było 1 czerwca 2014 roku! Przez cały 2015 rok tego czasu nie poprawiłem, choć raz na treningu zrobiłem dychę w 45 minut i chyba 38 sekund a podczas półmaratonu w Skwierzynie czas pierwszej dychy to 45:17. No ale to nie były zawody na dychę. Miałem więc realną szansę na złamanie magicznych 45 minut. Ostatnie treningi pokazały jednak, że raczej powalczę o poprawę oficjalnego rekordu, czyli zejście poniżej 47 minut.

Szybko się z tym pogodziłem, wszak dwa tygodnie wcześniej biegłem maraton, być może jeszcze się nie zregenerowałem. Przy mniejszej presji postanowiłem więc zaeksperymentować z jedzeniem przed zawodami. Zazwyczaj nic nie wydziwiam. Na kolację bułka z dżemem, na śniadanie bułka z dżemem, dobre nawodnienie i to wszystko. Tym razem mnie poniosło:

Po takiej dawce węglowodanów chodziłem nakręcony jak Ross Geller - z serialu "Przyjaciele" - po syropie klonowym.

Razem z Anią i Kubą udajemy się do biura zawodów gdzie szybko i sprawnie odbieram pakiet. W końcu nie jestem sam, więc proszę Anię, żeby mi zrobiła kilka zdjęć. Teraz już będę miał co wrzucić na blog :) Mamy jeszcze sporo czasu, więc jedziemy do bazy w Mirostowicach. Pogoda próbowała nas przestraszyć, od rana padało ale na szczęście na sam bieg było idealnie: chłodno, rześko, prawie bezwietrznie. Razem z Mariuszem i Leszkiem wracamy do Żar i stawiamy się na starcie. Kilka razy odwiedzam jeszcze ToiToia, jestem w tym coraz lepszy, niedługo będę tak dobry jak Michał, mistrzu! I tu druga zmiana w stosunku do innych moich startów: robię porządną rozgrzewkę, którą zazwyczaj lekceważyłem: trochę macham rękami i nogami a potem długo truchtam bacząc na tętno. Przygotowany jak nigdy dotąd, rozgrzany, wciąż na "słodyczowym haju" staję na linii startu i czekam.

Biuro zawodów Biuro zawodów Biuro zawodów

Ruszamy! Na początku ciasno, tłoczno, grupki przyjaciółek trzymają się za ręce i z uśmiechem biegną szerokością trasy, cudownie! Ale może i lepiej, przynajmniej na początku nie przesadzę z tempem. Staram się nie patrzeć na zegarek, chcę złapać komfortowe tempo, w którym wytrzymam 10km. Już po chwili wszystkie zegarki w okolicy informują swoich właścicieli, że pierwszy kilometr za nami. I tu niespodzianka: 4:26! Wow, spodziewałem się 4:45 - 4:50. Tempo bardzo dobre i czuję się jak na rozgrzewce. To może być zapowiedź fajnego biegu. Biegnę więc dalej w znacznie lepszym nastroju. Kolejne kilometry potwierdzają dobrą formę: 4:23, 4:24, 4:21... I tego będę się trzymał! Nie mogę się nadziwić skąd ta forma? Dwa dni wcześniej umierałem przy 4:45 a tu proszę! Już nawet nie tyle śródczasy mnie cieszą, co to, jak się czuję. Rewelacja! Mogę tak biec i biec, choć nic z tego nie rozumiem!

Pierwsza pętla Pierwsza pętla Pierwsza pętla

Ale popełniłem też jeden błąd. Na 10km staram się nie korzystać z punktów z wodą, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Nie wiem więc, co mnie podkusiło, że sięgnąłem po kubek. Kiedyś już o tym pisałem: nie potrafię pić z kubka w czasie biegu. Od razu się topię. No ale złapałem kubek, więc robię dziubek, stabilizuję oddech powoli przechylam i biorę pewny, duży łyk... tyle, że nosem. Parskam, kaszlę woda prycha z ust, z nosa, z uszu... Nie umiem, no nie umiem i co mam zrobić?

Druga pętla Ogrzewam się w cieniu Dominiki :) Druga pętla

Pierwsze 5km mija szybko i bez niespodzianek. Na drugą pętlę wbiegam uśmiechnięty i zwyczajnie szczęśliwy. Czuję, że z kilometra na kilometr robi się trudniej, ale nie jest to jakieś straszne zmęczenie i walka, cały czas trzymam tempo. Na krótkich i łagodnych podbiegach nie zwalniam, z górki przyspieszam. Dodatkowo na 9km doping Magdy (garnki, trąbki i inne przeszkadzacze) dodają mocy i wykręcam czas 4:17 :) Coraz bliżej do mety, wiem, że 45 minut jest złamane, już widzę metę i zegar a na nim 43 minuty i kilkanaście sekund. Co za radość! Cieszę się jak głupi, macham rękami, krzyczę, chciałem przefrunąć metę machając rękami ale w połowie kroku zmieniłem zdanie, więc wyglądałem jak wróbel ze złamanym skrzydłem, który próbuje zerwać się do lotu, nieważne! Ważne, że to był wspaniały bieg, na zupełnym luzie, z piękną życiówką, życiówką w pięknym stylu!

Szczęśliwy finisz Jest radość! Próbuję latać!

Uff. Strasznie dużo wykrzykników użyłem w ostatnich zdaniach, ale to dlatego, że wciąż jestem jeszcze bardzo rozemocjonowany. Ostatni bieg, który dał mi tyle radości (no, może trochę więcej) to Maraton Warszawski. Podsumowując 2. Dychę po Żarach: czas 43:38, 95. miejsce OPEN, 29. w M40, moje pierwsze 2 punkty w Lubuskiej Lidze Biegowej :)

Na koniec jeszcze kilka słów o samym biegu. Łatwiej mi pisać, gdy coś mi się nie podoba, wtedy to zapamiętuje, towarzyszą temu jakieś tam emocje. Trudniej, gdy wszystko jest tak jak tego oczekuję, wówczas nie zauważam nic szczególnego, wszystko jest tak, jak ma być. I właśnie nad tym "tak, jak ma być" chciałbym się pochylić. W Żarach wszystko było tak, jak ma być. Nie było kolejek w biurze zawodów, były toalety i ToiToie, nawet jakaś pani w budynku biura - chyba sprzątaczka - co chwilę rozładowywała kolejkę wskazując toalety w drugiej części korytarza. Trasa dobrze przygotowana i zabezpieczona a kibice dopisali. Żary się uczą. Pamiętam, że w zeszłym roku ostro finiszowałem i zaraz za linią mety wpadłem w tłum kibiców. Tym razem organizatorzy dbali o sprawny przepływ zawodników i miejsce tuż za metą. Był też - już tradycyjnie - bieg dla dzieciaków sponsorowany i naprawdę profesjonalnie przygotowany przez pana Anatola Kałasznikowa. Szacunek! Po biegu był ciepły posiłek, kawa, herbata, co kto sobie życzy. Były stoły i ławki, gdzie można było spokojnie zjeść, było zadaszenie na wypadek deszczu. Naprawdę wszystko jak należy. I takich biegów, gdzie wszystko jest ok jest sporo, ale w Żarach było coś jeszcze. Żarom zależy. I to naprawdę widać. Żarom zależy na zawodnikach, na dzieciakach, na kibicach, na wolontariuszach, na dobrej organizacji i na tym, żeby zrobić naprawdę fajne święto biegowe. Urzekło mnie to, że oprócz tradycyjnego losowania nagród wśród zawodników, były też nagrody dla wolontariuszy i była nagroda specjalna dla fotografa (znów ukłon w stronę pana Anatola), który odwala kawał dobrej roboty na każdej sportowej imprezie w Żarach. Tu się docenia trud tych, którzy dają swój czas nie oczekując wiele w zamian. Czapki z głów drodzy organizatorzy!

Do zobaczenia Żary, na Crossie po Zielonym Lesie!

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl