Bieganie to emocje!

35. PKO Wrocław Maraton - czyli dwie strony medalu

35. PKO Wrocław Maraton - czyli dwie strony medalu

2017-09-12

Nie wiem od czego zacząć. Najpierw miałem ogromny luz na myśl o tym maratonie, potem zacząłem się go bać jak żadnego biegu w życiu. Organizm chyba czuł, co się zbliża, ale psychika mówiła, żeby się nie martwić. A jakie były tego konsekwencje? Już opowiadam.

Jestem spokojny.

Nie raz już było tak, że na kilka dni przed startem nie było formy, nie było pewności siebie, teoretycznie nie było szans na dobry wynik. Mimo to na zawodach padała życiówka i nagle okazywało się, że chyba jestem u szczytu formy. Idąc tym torem przed Wrocław Maratonem wszystko było na najlepszej drodze do życiówki: nie miałem formy, nie miałem pewności siebie i nic nie zapowiadało dobrego wyniku. Bardzo mnie to wszystko uspokajało i dawało poczucie stałości. Byłem bardzo pogodny i dobrej myśli. Nawet nie zauważyłem,  że nagle ilość treningów w tygodniu spadła i co za tym idzie kilometraż również. Prawie uszło mojej uwadze, że już dawno nie zrobiłem żadnego długiego - ale takiego naprawdę długiego – wybiegania. Uczciwie zastanowiłem się, czy to nie jest jakieś ważenie sobie lekce królewskiego dystansu i doszedłem do wniosku, że nie, że trenowałem na ile czas pozwalał, a w pierwszej części cyklu treningowego nawet częściej.

Jestem zaniepokojony.

Niespodziewanie nadszedł piątek przed maratonem. W sobotę wyjeżdżam do Wrocławia a w niedziele start. I co? Zero planu, zero przygotowań, zero emocji, tych fajnych emocji, które towarzyszyły mi zazwyczaj przed startem. Zaczyna mnie martwić to, że gdzieś uciekła ta radość z biegania, z rywalizacji z samym sobą. Pakuję się tylko częściowo, resztę zostawiam na jutro.

W sobotę pobudka, kawa, zakupy, nagle obiad i trzeba się zbierać. Kurczę, wolałbym zostać… We Wrocławiu nocuję u Marcina (chrześniaka). Daje mi klucze do mieszkania i udostępnia swój pokój, a sam bierze na siebie trud całonocnego tułania się po mieście. Dzielny chłopak.

Muszę jechać po pakiet startowy. Czuję, że zaczyna mnie dopadać jakaś chandra, więc walczę, szukam pozytywów. Przystanek mam pod nosem i tramwaj zawiezie mnie pod sam stadion, gdzie jest „miasteczko maratońskie”. Czyli super, 1:0 dla mnie. Ale będę jechał prawie 35 minut. Czyli kiszka, 1:1, choć Marcin mówi, że super, że bliziutko… Dojeżdżam pod stadion i widzę, że przy samej linii startu jest kawiarnia, a w niej kawa w jakości speciality, strzał za 3 punkty. Wygrywam walkę z chandrą! 4:1! Ale to dopiero pierwsza połowa.

Przed wyjazdem Kawunia

Jestem przygnębiony.

Okazuje się, że przystanek jest pod samym wejściem do „miasteczka maratońskiego”, ale do biura zawodów jest kawał drogi i wtedy czuję, że ten dystans mnie martwi. Czyli coś jest ze mną nie tak. Dystans nigdy mnie nie martwił, dystans był fajny bo zapowiadał drogę, na której wszystko mogło się wydarzyć, a tu muszę przejść 10 minut i zaczynam szemrać pod nosem. 4:2.

W biurze zawodów wszystko idzie w miarę dobrze i sprawnie, aż do momentu odbioru koszulki. Zapisałem się na rozmiar „M” na podstawie wymiarów podanych przez organizatora. Odbieram koszulkę i widzę, że biegacz, który odbierał koszulkę przede mną nerwowo ją przymierza i coś tam pod nosem szemrze, w właściwie to nie szemrze a złorzeczy. No dobrze, klnie jak szewc. Koszulka wisi na nim jak na wieszaku. Facet trzy razy taki jak ja, zbudowany bardziej jak sprinter niż długodystansowiec, szafa, mięśniak, tareczka i klata. „Jaki masz rozmiar?” – pytam. „Wziąłem L i jest za duża”. Podchodzi do wolontariuszy coś tam pokrzykuje i po chwili dostaje „M”, ubiera i jest idealna. No ładnie. Czyli jak ja założę „M” to w niej utonę! Przymierzam i faktycznie… masakra jakaś, za duża o dwa rozmiary! I tu muszę się usprawiedliwić, bo rozpisuję się na temat jakiejś tam koszulki. No tak już mam, że te koszulki z maratonów bardzo sobie cenię i często w nich chodzę. Inne często leżą, nawet nie rozpakowane, ale te maratońskie to inny kaliber. Dlatego zanim zamówię, to sprawdzam wymiary i szukam tego idealnego. Gdy potem ją odbieram i widzę jak w niej wyglądam to gotuję się w środku. Zatem punkt dla chandry, 4:3.

Biuro zawodów Biuro zawodów

Ale nie tracę wiary i tnę do wolontariuszy. Na moje nieszczęście oprócz tych fajnych wolontariuszy w czerwonych koszulkach, pojawia się jeden nieco starszy, w czarnej. Znaczy szefuńcio jakiś. Nauczony doświadczeniem gościa z tarką zaczynam narzekać i pohukiwać, że co to za rozmiar, że ja chcę „S” i takie tam. Wolontariuszka już zaczyna się rozglądać za „S-ką” (czyli 5:3), ale wtedy wkracza szefuńcio (spalony, wciąż 4:3): „A jaką pan zamówił?”. I tu mnie ma.

Zaczynamy negocjacje. „No ale według wymiarów powinna pasować, a nie pasuje”, „ale taką pan sobie wybrał”, „wybrałem bo napisaliście, że będzie dobra”, „wymiary są takie, jak były na stronie”, „nie, nie są”, „ale jak panu dam to komuś zabraknie”, „nie zabraknie, bo esek i tak macie za dużo”… I tak dalej. Widzę, że jest opór, że na argumenty nie dojdziemy do porozumienia. Zmieniam strategię, zmniejszam dystans, ściszam głos i zaczynam mówić o tym jakie były moje oczekiwania odnośnie rozmiaru, dlaczego to dla mnie takie ważne i używam słów „proszę, bardzo proszę, byłbym wdzięczny, gdyby był pan tak dobry”. Nie dał się, twardy skurczybyk. Skracając historię stanęło na tym, że mam przyjść jutro rano i jak „S-ki” zostaną to mi wymieni. Znamy te numery, remis, 4:4.

Jestem… A nie, już mnie nie ma.

Wychodzę z biura z za dużą koszulką, a na dworze ciemno. Oj, jak mi psycha siadła. Ciemno i ponuro. Głupie to bieganie. Idę na przystanek i czuję jak zaczynam się bać tego biegu. Zaczynam czuć, że coś jest nie tak. Sam jeden, w ciemnościach, oszukany, daleko od domu… No zaraz! Jaki sam, jest tu pełno fajnych biegaczy, poza tym jest noc to jest ciemno, i jakie daleko? Dwie godziny i parę minut od domu. Nie dramatyzuj! Staram się nie popadać w przedmaratoński obłęd, ale jest coraz trudniej. Wracam do mieszkania i nie wiem od czego zacząć przygotowanie na jutro. Czuję, że stres mnie zżera. Czuję, że jestem zmęczony, złamany i przede wszystkim nieprzygotowany. Przegrywam. 4:5 dla chandry i koniec meczu.

Ciemno i ponuro Ciemno i ponuro

Maraton.

Niedziela. Budzę się pół godziny przed budzikiem i zaczynam pakowanie. Nie chcę biec. Zjadam bułki z dżemem, pakuję dekstrozę, szykuję izotonik. Przynajmniej te elementy są niezmienne. Jadę na stadion. W kawiarni przed bramą wypijam podwójne espresso i idę do biura zawodów. Podchodzę do stoiska z koszulkami i jeszcze raz nakreślam sytuację. „Dobrze, ale musi pan przyjść z kimś z organizatorów, są tam po drugiej stronie”. No proszę, czyżby miało się udać? Pędzę przez całą halę do organizatorów i opowiadam raz jeszcze moją coraz bardziej żenującą historię. „Dobrze. Niech pan popatrzy: tam idzie taki pan w czarnej koszulce z innym biegaczem, żeby właśnie wymienić koszulkę, musi go pan dogonić”. No to znów gonię na stoisko z koszulkami i zaczynam brzydzić się sam sobą. Podchodzę i zanim otworzyłem usta słyszę jak wolontariuszka mówi do człowieka w czerni: „Ale esek już nie wymieniamy, bo został nam ostatni karton i potem nam zabraknie”. Teraz gotów byłem użyć argumentu, że jak mi nie wymienią, to napiszę o nich źle na moim blogu i się doigrają. Po chwili jednak pomyślałem, że mogą nie zrozumieć ogromu grożącego im niebezpieczeństwa, więc tonem nie znoszącym sprzeciwu, przypominającym mowę rycerzy Jedi powiedziałem: „Jeszcze tylko wymienimy jedną eskę i potem już nie”. Wolontariuszka popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się i powtórzyła „jeszcze tylko jedną eską i potem już nie”. Jestem Jedi! Mało tego, jestem Jedi w koszulce w rozmiarze „S”!

Ta mina mówi wszystko

Ale dość już o tym wszystkim. Oddaję rzeczy do depozytu i idę do swojej strefy. I teraz jest czas, abym napisał coś o moich planach. Planem minimum było zrobienie życiówki. Ale to nie wszystko: głównym planem było złamać 3:30. Stoję w strefie i wiem, że plan jest nierealny. Patrzę na pulsometr i widzę, że jestem w pierwszym zakresie tętna. Stojąc w miejscu! Psychika, organizm i wszystko wokół mówiło mi: to koniec, polegniesz. A co ja na to? Spuściłem głowę i powiedziałem „wiem…”. I to był mój koniec maratonu.

Tylko gorzej.

Ruszamy. Bez emocji odpalam stoper. Zaczynam biec. Czuję opór powietrza, czuję tarcie butów o asfalt, czuję ciężar plecaka z bidonem, czuję ciężar biegu. Mija drugi kilometr i czuję jak łapie mnie kolka. Bez sensu, tempo nie jest jakieś zawrotne, trzymam się w granicach 4:50. Staram się uspokoić tętno, oddech, rozluźnić i po piątym kilometrze puszcza, ale zostaje jakieś straszne napięcie mięśni brzucha, jakby jakiś skurcz. Kilometry mijają bardzo wolno. Pamiętam maraton w Warszawie. Pierwsza dycha zleciała tam nie wiem kiedy. W Poznaniu półmetek mnie zaskoczył, miałem świetny czas i nawet nie wiem kiedy minął. A tutaj po 10 kilometrach miałem zwyczajnie dość. Trzymałem tempo, ale był to ogromny wysiłek na bardzo wysokim tętnie. Brzuch cały czas boli. Do tego po każdym łyku izotoniku i po każdym kęsie banana mam rewolucję w żołądku.

To nie jest mój bieg. Zaczynam czuć prawe kolano, ale na razie się tym nie martwię. Ostatnio czasem mnie pobolewało na treningach, ale nic poważnego się nie działo. Jednak im bliżej półmetka tym gorzej. Walczę z każdym kilometrem, a czasem mam wrażenie, że walczę z każdym metrem. Postanawiam do 21 km trzymać tempo 4:50, a potem zwolnić do 4:55. Po półmetku zwalniam, ale wcale nie dlatego, że chcę. Po prostu jest coraz gorzej, brzuch nie przestaje boleć, kolano doskwiera coraz wyraźniej, sił jakby coraz mniej.

Dociera do mnie, że nie utrzymam tempa. Że to koniec marzeń o 3:30 i o życiówce. Wiem to, ale z drugiej strony nie potrafię tego zaakceptować i odpuścić, chcę walczyć! 26 km wychodzi poniżej 5 minut, a kolejny 5:12. To koniec, nie ma sensu się dożynać. Zwieszam głowę i zwalniam. Mam świadomość porażki. Wiem co jest przyczyną, wiem wszystko, pocieszam się, że to cenna nauka, doświadczenie, ale to nie pomaga. Przegrałem.

Złamany i upokorzony truchtam dalej i wtedy przychodzi kolejny cios. Czuję jak ból w kolanie narasta i w końcu blokuje mi nogę. Nie mogę biec. Muszę przejść do marszu. To dopiero boli. Po raz kolejny opuszczam wzrok i zaczynam iść. Do mety ponad 11 km. To będzie długi marsz.

Po drodze mijam się co chwilę z innym biegaczem. Czasem ja staram się truchtać i go mijam, a czasem on i wtedy mnie wyprzedza o 2 -3 metry. W końcu zaczynamy rozmawiać. Ja mam odnowioną kontuzję pasma, a on coś naderwane w łydce. Daję się przekonać, że nie ma sensu próbować biec, bo tylko nam się pogorszy. Kalkulujemy, że idąc w dobrym tempie i tak dotrzemy łamiąc 4 godziny. No cóż, musi mi to wystarczyć, w Warszawie to był szczyt marzeń, a tutaj?

W końcu docieramy pod stadion, gdzie była linia mety. Adrenalina nieco mnie znieczula i postanawiam przebiec chociaż ostatni kilometr. Noga boli, brzuch boli, ambicja boli, ale wbiegam na stadion i widzę na zegarze czas brutto 3:59 i jakieś tam sekundy. Przecinam linię mety w czasie netto 3:59:06. Przechodzę dalej, dostaję wodę, izo, lód (przyda się na kolano), banany i folię termiczną. Siadam na trawie i zawijam się w folię. Cały. Chowam twarz. I tu, jak to mówią maratończycy: to, co wydarzyło się pod folią, zostaje pod folią…

To nie dla mnie

Druga strona medalu.

Czy to wszystko znaczy, że Wrocław Maraton to jedno wielkie pasmo smutku, porażek i niepowodzeń? No właśnie. Nie!

Nie, nie i jeszcze raz nie! Po pierwsze to był mój piąty maraton. Piąty i ostatni potrzebny do zdobycia Korony Maratonów Polskich! Mam to! Cel osiągnięty. Pewnie, że wolałbym, żeby ten ostatni maraton był przebiegnięty w pięknym stylu i z życiówką, ale to jest Maraton. To jest królewski dystans, który nie wybacza błędów. Dla tych, którzy chcą się dobrze bawić i dystans przetruchtać potrafi być łaskawy, ale dla tych, którzy chcą się z nim mierzyć jest bezwzględny. Kończę przygodę z Koroną mając dla dystansu ogromny szacunek. Stoczyłem pięć bitew. Warszawę wygrałem, w Dębnie remis ze wskazaniem (na Dębno niestety), Poznań wygrałem, Kraków remis, Wrocław przegrałem z kretesem. Ale wojna wygrana!

Korona Maratonów Polskich zdobyta!

Fakt, że bolało jak nigdy. To był mój najtrudniejszy start w życiu i fizycznie i psychicznie. Ale – po drugie - mimo braku formy i kontuzji Wrocław ukończyłem poniżej czterech godzin. Cud!

I jeszcze coś. Mamy przyjaciółkę, Ewę. Ewa jest wspaniałym człowiekiem, który swoim życiem daje innym wiarę. Ale jest od kilku lat ciężko chora, toczeń. Ból towarzyszy jej codziennie. W dzień i w nocy. W sierpniu nie bolało ją jeden dzień. Ja nie potrafię sobie tego wyobrazić. Niedawno się spotkaliśmy i po niej nic nie widać, jest szczęśliwa i swoją radością zaraziła i nas. Dlaczego o tym piszę? Bo razem z Anią i z dziećmi modlimy się o zdrowie dla niej. Obiecaliśmy jej modlitwę o uzdrowienie, a ona prosiła nas, byśmy się pomodlili, by chociaż mogła przesypiać noce. Ufam, że Bóg jest dobry i nie chce naszego cierpienia. Wszak, sam oddał życie na krzyżu, by nas uchronić od śmierci. Wiem też, że nasza ofiara jest cenna w Jego oczach. Przed biegiem postanowiłem ofiarować trud i ból podczas tego biegu w jej intencji.

Gdy zaczęło być ciężko myślałem o niej, że ten ból nie idzie na marne. Gdy musiałem podjąć decyzję o tym, że odpuszczam, było mi bardzo ciężko i znów oddałem to w jej intencji. Gdy kolano bolało jak oszalałe i uniemożliwiało mi bieg, oddałem to w jej intencji. Pomyślałem, że gdyby to wszystko sprawiło, że Ewa przeżyłaby jeden dzień bez bólu, to jutro znów bym pobiegł. Nie znam tajemnicy Bożych ścieżek, nie wiem dlaczego Bóg nie uzdrowi wszystkich ludzi, jak to robił wtedy gdy 2000 lat temu chodził po świecie, nie wiem, czy mój ból w jakikolwiek sposób pomoże Ewie, ale ufam, że On to wszystko widzi i w swoim czasie zrobi co trzeba.

Dla jasności: nie jestem masochistą, nie znoszę bólu. Ale powiem Wam, że kiedy wiedziałem, że robię to dla kogoś, to ból nie był taki straszny. Nie był mniejszy, ale łatwiej go było znosić. Ból fizyczny w czasie biegu, gorycz porażki, niespełnione ambicje… czym to wszystko jest wobec prawdziwych problemów, których nawet nie mam odwagi tu wymieniać. Niczym. Na szczęście moja Nadzieja jest gdzie indziej.

Jak więc podsumować ten maraton?

Od strony sportowej? Masakra. Miazga, dno i trzy tony mułu. Szkoda gadać. Porażka życia.

A od strony duchowej?

To był naprawdę piękny bieg…

 

P.s. Ta „eska” jest trochę za duża…

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl