Bieganie to emocje!

37. PZU Maraton Warszawski - część I

37. PZU Maraton Warszawski - część I

2015-10-24

Bo wiesz, jak wbiegasz na stadion to jest zupełnie inny klimat, jak maraton kończy się na Narodowym to jest… COŚ!” Tak mniej więcej brzmiały słowa Michała, które gdzieś we mnie zapadły i spokojnie dojrzewały zupełnie nie zwracając uwagi na to, że ja „nie biegam maratonów”.

Dycha to wiadomo. Połówka? Oczywiście! Ale maraton? Po co. Przecież maraton to zabójstwo dla organizmu, jestem na to za stary, nie bawi mnie to, w ogóle mnie nie ciągnie. Ja lubię takie średnie. Ale ten Narodowy…

Poza tym do Maratonu Warszawskiego został zaledwie miesiąc, to za mało. Po drodze jeszcze Półmaraton Zielonogórski, na którym ma przecież paść życiówka. No i nie wiem czy już o tym wspomniałem: ja nie biegam maratonów!

Aż do momentu kiedy się dowiedziałem, że w tym roku Maraton Warszawski ostatni raz będzie miał swoją metę na Stadionie Narodowym. Ajć! W sumie szkoda by było z tego nie skorzystać. W głowie gonitwa myśli. Czy dałbym radę? Czy jestem odpowiednio przygotowany? Czy swoje nabiegałem? Ech, co robić? Nawet jak sam nie pobiegnę to może Michał się skusi. Piszę więc szybkiego SMSa: „No Stary, właśnie przeczytałem, że w tym roku po raz ostatni  Maraton Warszawski  kończy się na stadionie. Od przyszłego roku będzie się kończył na ulicach miasta. Ostatnia szansa!

SMS poszedł. Cisza. Czekam.

Ciekawe czy Michał pobiegnie? Tym czasem jakoś coraz łatwiej przychodzi mi myśl, że ja też mógłbym pobiec. Całkiem wyparowało mi z głowy zdanie, że ja nie biegam maratonów, ale czegoś jeszcze brakuje.

No i dzwoni Michał:Słuchaj, bo jakoś tak czuję, że ty też myślisz o tym maratonie. Ja sobie daję kilka dni na przemyślenie, ale…” i nic więcej już nie słyszałem. To było to! Decyzja zapadła. Jedziemy na Maraton Warszawski! Michał coś tam przemyśliwa ale wiemy jak to jest :) No pewnie, że jedziemy!

Od tej chwili czułem się jak dziecko oczekujące na najwspanialszy na świecie wakacyjny wyjazd. Mój odpał na punkcie organizacji dał o sobie znać. Szybko stworzyłem w Nozbe nowy projekt i listę spraw do ogarnięcia: hotel, pociąg, szczegółowy plan soboty i niedzieli, agenda konferencji, co spakować, co załatwić, co odwiedzić. Ale się jaram! TO się dzieje! Mój debiut, mój pierwszy maraton taki jaki być powinien: w Warszawie, na Narodowym! Muszę go przebiec w pięknym stylu!  Krrrreeeeeeeew!

Przygoda się rozpoczęła, miesiąc na przygotowania to niewiele, więc ograniczam się do dwóch dłuższych biegów. Dłuższe to dla mnie 21 km i 26 km. Ten na 26 km w moim tempie maratońskim (5:32) pokazał mi, że chyba jednak jestem cholernie daleko od „gotowy”. I tak to po wstępnej euforii nadszedł czas lekkich wątpliwości, czy aby na pewno dobrze zrobiłem, że zdecydowałem się na maratoński debiut właśnie teraz. No ale nie tracę ducha.

Dwa tygodnie przed maratonem biegnę w IV Novita Półmaratonie Zielonogórskim. Do tej pory był to mój najważniejszy bieg w sezonie ale tym razem środek ciężkości przesunął się oczywiście w innym kierunku. Postanawiam więc: albo życiówka albo odpuszczam, żeby nie spompować się całkiem przed maratonem. O półmaratonie napiszę osobno więc krótko: życiówki nie było ale tak do końca nie potrafiłem odpuścić, walczyłem o jak najlepszy wynik. Presji nie miałem, ale ten głos z tyłu głowy ciągle mówił „nie wymiękaj, walcz” no i uwierzyłem mu. Czas stanąć w prawdzie, chyba nie jestem u szczytu formy. A za dwa tygodnie debiut w maratonie. Chyba powoli tracę ducha.

Jak to zauważył Tomek po niedzielnym półmaratonie długo miałem kaca i na pierwszy trening pozwalam sobie dopiero w czwartek. Tracę pewność siebie, tracę wolę walki, treningi jakieś takie słabe. Do tego organizatorzy Maratonu Warszawskiego wrzucają na Youtube film z trasy. Jezu! Jaki ten maraton długi! Jaki to kawał drogi! Michał też oglądał ten film i napisał krótkiego maila: „Radziu, obejrzałem właśnie film z trasy maratonu... O matko, co myśmy zrobili!!!!”. No właśnie... Co myśmy najlepszego sobie zrobili? Dopisał też co prawda: „Ale nic to... KREEEEEEEEEEEEEEEEW!” – nie uwierzyłem mu, ciekaw jestem czy on w to wierzył. A czas leci.

Tydzień do startu. Czy odzyskałem wiarę w powodzenie misji? Czy odzyskałem pewność siebie? Czy myślę pozytywnie? Powiem szczerze: mam ochotę zwinąć się pod stołem w pozycji embrionalnej i ssać kciuk. Pytam żony czy muszę jechać na ten maraton, ale ona odpowiada, że głupi jestem, że po co się zapisuje na te zawody jak potem tak to przeżywam. No właśnie…

Cudem odbijam się od dna i wychodzę spod stołu. Zaczynam realnie oceniać swoją formę i postanawiam biec na złamanie 4 godzin. Cholewa! Nawet nie wiem czy to plan ambitny czy jak najbardziej realny, wszak to mój pierwszy raz! Michał wspomina coś o 4:15, postojach na punktach odżywczych, częstych wizytach w Toi-Toi, może nawet jakiś obiad w pobliskiej kawiarni, ale wiem, że też będzie gonił na złamanie czwórki.

To już tylko kilka dni. Wzrok mi się wyostrza, pewność siebie wraca ze zdwojoną siłą. Zaczynam czuć, że 3 godziny są realne. Zaczynam nawet czuć, że pudło w mojej kategorii wiekowej jest realne. Właściwie to ci Kenijczycy wcale nie są tacy szybcy, a ja jestem zwycięzcą. Sprawdzam, czy będą pacemakerzy na 2:05. Zastanawiam się, czy jak będę biegł pierwszy to nie pomylę trasy. Czy jak pobiję rekord świata to będę potrafił na żądanie nasikać do słoiczka testu antydopingowego. Tyle zmartwień a czasu tak mało.

Sobota. Pobudka o 3:30, kawa, śniadanie, druga kawa. Wychodzę przed blok i czekam w ciemności nocy na Michała, z którym jedziemy na dworzec PKP. Do Warszawy dojeżdżamy o 9:10. Stolica wita nas fatalną pogodą. Zimno, wieje, pada, chmury, zło. Ale my jesteśmy nie do złamania. Zostawiamy bagaże w depozycie hotelu (jak dobrze, że mamy taki fajny hotel) i jedziemy na Stadion Narodowy. Michał wygląda zawodowo, ale ja nie wziąłem żadnej kurtki, oprócz wiatrówki do biegania w pięknym błękitnym kolorze, dla koneserów. Do tego kurtka jest o wiele za duża, wylosowałem ją po jakimś biegu i do tej pory cieszyłem się, że w ogóle jakąś mam a rozmiar i kolor mi nie przeszkadzały. Wszak las nie ocenia. No ale tutaj, w stolycy, wypadało by jakoś wyglądać. Nic z tego. Albo ciepło, albo modnie. Wybieram ciepło i wyglądam jak wieśniak – czyli właściwie, wszak pochodzę ze wsi.

W końcu na Stadionie

Przemarznięci i zmoknięci docieramy na Stadion. Robi wrażenie, nie jestem tu pierwszy raz, ale wciąż robi wrażenie. Wchodzimy do środka i wsiąkamy w klimat. Jesteśmy u siebie. Expo Sport&Fitness trwa w najlepsze.  Zaczynamy od wszelkich możliwych badań sponsorowanych przez PZU. Dowiadujemy się, że ja podczas biegu zejdę na zawał a Michałowi pęknie coś w kolanie. Mówimy sobie „nie jest źle” i ruszamy dalej. Odbieramy pakiety startowe i ruszamy na stoiska. Naszą radość studzą nieco ceny, mieliśmy nadzieję, że będzie taniej niż normalnie a nie jest. Przy żelach dowiadujemy się, że normalnie te żele są po 8,00 zł ale tutaj po 10,00 zł bo – jak z rozbrajającą szczerością wyznał Michałowi sprzedawca – „kto by się bawił w wydawanie 2,00 zł”. No tak. I tak ze wszystkim. Jako urodzone kutwy skupiamy się na tym co darmowe i  z niecierpliwością czekamy na rozpoczęcie seminariów biegowych. Najlepiej słuchało mi się Michała Dachowskiego i Marcina Nagórka. Co tu dużo gadać: ludzie z pasją i tyle. Opowiadają o tym czym żyją, na czym zjedli zęby i na czym naprawdę się znają. Dziękuję Panowie.

 Pierwsze selfie w nowej koszulce

Podbudowani i zmotywowani wracamy do hotelu (jak dobrze, że mamy taki fajny hotel). Po drodze jeszcze obiad a potem niedzielna Msza w sobotę. W hotelu przymierzamy koszulki z pakietu. Obaj wybraliśmy techniczne Adidasa. Ja mam XS a Michał XL. Ja się cieszę, że taka fajna przyległa, a Michał, że taka fajna, luźna. Wszyscy zadowoleni. Czas na kąpiel, w czasie której całe lustro zaparowało, więc wykorzystuję okazję i piszę na nim palcem „KREEEW!”. Zaraz odparuje, a jak Michał się wykąpie i znów zaparuje to jak nic zobaczy. Jak dzieci.

Po kąpieli tradycyjna, przedbiegowa kolacja: dwie bułki z dżemem truskawkowym, bo jak każdy wie w dżemie siła drzemie. Podczas gdy się objadam Michał się kąpię i słyszę jak rechocze, chyba zobaczył krew na lustrze. Nasz niewidzialny napis oczywiście zostawimy, może następni goście też będą mieli „zabawę”.

Wszystko zaplanowane. Jutro musimy złamać 4 godziny bo trzeba wrócić do hotelu, wykąpać się, spakować i zdążyć na pociąg. Nie ma wyjścia. Na szczęście udało się załatwić, że hotel opuścimy 3h później niż powinniśmy (jak dobrze, że mamy taki fajny hotel).

I tak kończy się sobota. Już jutro wielki dzień. Jestem spokojny.

Nasze wygłupy

Przeczytaj część II »

 

P.s. W wydarzeniach, o których traktuje ten wpis najważniejsze skrzypce odegrali: Michał, Stadion Narodowy, PKP IC (i znikający internet), kardiolog i ortopeda, Michał Dachowski, Marcin Nagórek, Hotel Mercure (jak dobrze, że mamy taki fajny hotel), bułki z dżemem.

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl