Bieganie to emocje!

Bieganie to emocje - czyli o 43. Maratonie w Dębnie - część II

Bieganie to emocje - czyli o 43. Maratonie w Dębnie - część II

2016-04-04

Czym są emocje? E – motion – czyli energia w ruchu. A czym innym jest bieganie jak nie właśnie energią w ruchu? Dla mnie bieganie to przede wszystkim emocje. Może właśnie dlatego łatwiej jest mi pisać o tym co czuję w czasie startu w biegach ulicznych, niż jak się do nich przygotowywałem. A największe emocje  - jak się przekonałem - zawsze towarzyszą mi podczas maratonu.

Jeśli nie czytałeś części pierwszej to zapraszam tutaj »

Trochę natomiast zabrakło mi ich w chwili startu. Jakoś przegapiłem wystrzał startera, po prostu zauważyłem, że ruszyliśmy. Z drugiej strony może i lepiej. Dzięki temu zacząłem spokojnie, powolutku.

Trasa maratonu w Dębnie była – i w zasadzie w dalszym ciągu jest – dla mnie zagadką. Z tego co zobaczyłem na stronie maratonu, wywnioskowałem, że robimy dwie pętle (ósemki), z których każda składa się z jednej małej i z jednej dużej  pętli. Trochę więc bałem się nudy i znużenia trasą. Tymczasem dużą pętlę przebiegliśmy dwa razy a małą cztery albo pięć. O znużeniu nie było mowy. Trochę miasta, dużo asfaltu w lesie, chyba tylko jeden, niewielki podbieg (na 31km). Bardzo przyjemnie, poza krótkim odcinkiem brukiem. Czułem pod stopą każdą nierówność. Na szczęście można było biec chodnikiem. I tyle o samej trasie.

Żaby smaczki zostawić na koniec napiszę teraz o tym, co w samym biegu – poza stosunkowo wysoką opłatą startową – mi się nie podobało:

I koniec! Właśnie tak, nie było takich rzeczy! Nie mam na co ponarzekać! A co mi się podobało?

Pakiet startowy

Kibice. O tak, to zapewne mocna strona Dębna. Może nie było takich szaleńców jak w Warszawie, ale było sporo ludzi w mieście, którzy wiernie kibicowali do samego końca. Nawet odliczając rodziny biegnących frekwencja dopingujących była spora. Dzieciaki dawały ognia, czytały imiona z numerów startowych i darły się niemiłosiernie. Pomyślałem o naszym zielonogórskim półmaratonie i o tym, że w ostatnim roku kibiców na trasie było już znacznie mniej, a tutaj mimo wieloletniej tradycji ludziom wciąż się chce wyjść i dopingować. A nas biegaczy to bardzo uskrzydla.

Przez kilka kilometrów biegł za mną zawodnik, który był mistrzem interakcji z kibicami. Coś do nich krzyczał, nie do końca słyszałem co, ale kibice odpowiadali mu równie gromkimi okrzykami. Wodzirej pełną gębą. Dla mnie to jeden ze zwycięzców tego maratonu. Miał natomiast świadomość tego, że z czasem (i z dystansem) będzie mu coraz trudniej rozgrzewać publikę bo na przedostatniej pętli krzyknął tylko: „i po raz ostatni dzisiaj was pozdrawiam, trzymajcie się!”.

Drugim zwycięzcą był Grzegorz. Nie znam Grzegorza ale Dębno i okolice znają go dobrze. A nawet bardzo dobrze. Wszyscy miejscowi pozdrawiali Grzegorza po imieniu, wszyscy amatorzy tanich win, pod każdą budką z piwem gromko go oklaskiwali z okrzykami „Daesz Grzesiu! Daesz!”. Myślałem, że dobra passa umknie mu poza granicami Dębna ale nic bardziej mylnego. W każdej okolicznej wiosce scenariusz był ten sam. Strażacy, koneserzy win, miejscowe nastolatki, wszyscy znacznie się ożywiali gdy nadbiegał Grzegorz. Mistrz!

Wolontariusze. Tych kocham najbardziej. Nie ograniczali się tylko do nalewania wody do kubków. Zawsze uśmiechnięci, zawsze z dobrym słowem. Każdemu oddanemu kubkowi towarzyszyło choćby „Powodzenia!” niczym Bóg zapłać przy niedzielnej tacy. Punkty odżywcze dobrze zaopatrzone. Woda, ISO, banany, ciastki (ciastki to podstawa diety biegacza), cukier w kostkach. Baliśmy się, że z racji tego, że biegamy po pętlach, w końcu czegoś zabraknie, ale nic takiego się nie wydarzyło. Bufet czynny do końca. O wolontariuszach napisze jeszcze kilka słów na końcu a tymczasem o samym biegu.

Już po kilku kilometrach czułem, że nie jest to bieg komfortowy. W Warszawie do 26km biegłem z luzem w nogach, tutaj od początku musiałem pracować. Po pierwszej dyszce wiedziałem, że to będzie trudny bieg i trudne ostatnie kilometry. Nie było pacemakerów na czas, który chciałem uzyskać, więc wspierałem się moim pięknym, nowym, wspaniałym i niezastąpionym Garminem. Spisał się na medal. Zainstalowałem sobie na niego dodatkowo wirtualnego pacemakera i tzw. Race Predictor, który miał mnie informować na jaki czas biegnę ale praktycznie z nich nie korzystałem. Jedyne na co zwracałem uwagę to średnie tempo i tempo ostatniego odcinka a na samym końcu śledziłem dystans do mety.

Ktoś z tyłu zauważył, że biegnę w koszulce Półmaratonu Zielonogórskiego i zapytał jak tam jest. Od słowa do słowa i już biegliśmy w trójkę. Ja (40+), Daniel (40+) i jeszcze jeden, znacznie młodszy kolega (20-). Jak to niestety bywa, młodość i siła zwyciężyła z doświadczeniem i już po chwili kolega 20- pobiegł hen do przodu a my z Danielem wspólnie toczyliśmy nierówną walkę z dystansem.

Naprawdę dobrze mi się biegło, mogliśmy sobie porozmawiać, trasa się nie dłużyła, łatwiej było trzymać tempo. Kiedy tak sobie biegliśmy nagle parę metrów przed nami ktoś zaczął krzyczeć „Uwaga! Uważajcie!”. Z prawej strony zauważyliśmy trzy przerażone sarny, które dziwnie charcząc na pełnej prędkości chciały przedrzeć się na drugą stronę ulicy przez tłum biegaczy. Dwie cudem przebiegły pomiędzy zawodnikami ale trzecia chyba trafiła w gęstszy tłum i postanowiła go przeskoczyć. To było niesamowite, wybiła się w górę i zobaczyłem jakby w zwolnionym tempie jak  przelatuje nad głowami. Kopyta miała powyżej głów maratończyków, wylądowała z drugiej strony i wszystkie trzy zniknęły w lesie. Nic się nikomu nie stało, wszyscy biegniemy dalej ale tętno jakby wyższe.

To co najbardziej mnie dołuje na pętlach to kiedy jestem na np. siódmym kilometrze a widzę tablicę np. z dwudziestym czwartym kilometrem. Wzdychaliśmy tylko jak to dobrze byłoby być tu już po kolejnej pętli i cieszyć się, że tyle już za nami. Na szczęście czas płynął szybko i po „chwili” mówiliśmy do siebie „zobacz, 7km, kiedy to było…”.

Na dwudziestym czwartym kilometrze przebiegaliśmy obok linii mety dokładnie w chwili, kiedy Cosmas Mutuku Kyeva do niej dobiegał. Ktoś krzyknął „Nie dajmy się zdublować!”, ale ciekawość zwyciężyła i każdy zwalniał by zobaczyć finishera na mecie. Tutaj muszę przyznać, że dałem się ponieść emocjom. Komentator podgrzewał klimat, policja na sygnale torowała drogę zwycięzcy, tłum krzyczał i wiwatował. No jak tego nie wykorzystać! Podniosłem ręce w górę i z okrzykiem tryumfu przebiegłem obok linii mety pozdrawiając kibiców. Moje pięć minut, a właściwie pięć sekund.

Zaczęło się robić coraz ciężej, Danielowi dokuczała łydka. Proponował, żebym biegł dalej, żebym nie zwalniał, ale ja niestety traciłem siły chyba jeszcze szybciej niż on. Traciliśmy 5 - 10 sekund na każdym kilometrze. Na 33km Daniel musiał się prawie zatrzymać. Tutaj życzyliśmy sobie powodzenia (mimo wszystko) i dalej biegłem sam. W Warszawie skrajne zmęczenie przyszło nagle na 36km. Tutaj narastało już od początku. Wciąż jednak trzymałem tempo, wciąż parłem do przodu. Wyprzedzałem sporo ludzi, którzy przecenili swoje możliwości. Aż do 39km. To był koniec. Tutaj ja przeceniłem swoje możliwości. Nogi nie podawały, nie było kontaktu między nimi a mózgiem. Zdałem sobie sprawę, że właśnie gaśnie szansa na złamanie 3:45:00. Paradoksalnie, gdy się z tym pogodziłem psychika stanęła na nogi. Głowa pracowała, płuca i serce dawały radę, chociaż jak potem zobaczyłem, prawie cały maraton przebiegłem w maksymalnej strefie tętna. Masakra, nie czułem tego, ale mimo to masakra. Działało wszystko oprócz nóg. Zdecydowanie brak wybieganego dystansu, który dałby moc na te ostatnie, kluczowe 3km. Przypominałem sobie motywacyjne teksty, że wszystko jest w głowie. Pomyślałem no to jazda! Puszczam hamulce! I wtedy… nic się nie stało. Nogi człapały dalej tak jak chciały. Do dupy z taką motywacją!

Ostatnie dwa kilometry to istny koszmar. Naprawdę się cieszę, że głowa wytrzymała. Powtarzałem sobie w kółko słowa pacemakera z Warszawy, który też na 40km widząc, że sporo z nas zostaje w tyle krzyknął tylko przez ramię „Truchtamy! Truchtamy!”. Tak więc truchtałem, ale fizycznie był to przeogromny wysiłek. Wiedziałem, że ostatnie metry strasznie się będą dłużyły, zerkałem więc na Garniaczka, żeby mieć świadomość pokonywanego dystansu. Jeszcze tylko 1195 metrów, dam radę, jeszcze tylko 1100 metrów, coraz bliżej, powoli ale konsekwentnie, jeszcze 900 metrów, nogi palą jak ogień… 500 metrów, 400, to jak jedno okrążenie na stadionie… 50 metrów i finisz!  Dobiegłem! Czas netto 3:48:07. Rekord życiowy poprawiony, cel nie osiągnięty, nogi odmawiają posłuszeństwa, ale przypominam sobie hasło z banera na trasie: Ból przeminie, duma zostanie na zawsze!

Chwilę odpoczywam, spaceruję i wracam na linię mety jako kibic. Teraz dopiero widzę jakie to wspaniałe widowisko. Radość ludzi, którzy dobiegają do mety jest nie do opisania. Są piekielnie zmęczeni ale aż świecą, promienieją radością. Łzy, gest podniesienia rąk, duma. Słyszę jak obok mnie jedna z dziewczyn mówi do drugiej: „zobacz jacy oni są szczęśliwi”. Wzruszam się do łez i cieszę się, że tu jestem i widzę to wszystko na własne oczy.  Czekam jeszcze na Magdę i Bartka, którzy w pięknym stylu przekraczają linię mety z czasem 3:56:21. Ich plan został wykonany. Brawo!

To prawie koniec tej historii. Jeszcze tylko jedno słowo o wolontariuszach. Po biegu poszedłem na posiłek regeneracyjny. Nic tak nie smakuje jak makaron po maratonie. Odebrałem swoją porcję praktycznie bez kolejki i usiadłem przy stole. Chyba już nie wstanę, nie mam sił a ta ławka z deski jest taka wygodna. Po chwili podchodzi do mnie wolontariuszka i pyta „Czy coś panu przynieść? Może wodę albo herbatę?”. Kocham cię – odpowiadam. „Dobrze, przyniosę kawę”. Dopiero teraz widzę, że wolontariusze krzątają się wśród zawodników i donoszą im makaron, rozdają wodę, zaparzają herbatkę, niczym sanitariuszki na polu walki. Jesteście cudowni.

Bałem się Dębna, że będzie słabo, że może przereklamowane. Ale Dębno to wspaniałe święto biegaczy, atmosfera naprawdę godna królewskiego dystansu, piękna trasa, wspaniała organizacja, to dobrze spędzony czas.

A teraz czas na regenerację.

Moje śródczasy

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl