Bieganie to emocje!

I Woodwaste Półmaraton o Złotego Lwa w Skwierzynie

I Woodwaste Półmaraton o Złotego Lwa w Skwierzynie

2015-10-26

Najpierw powinienem napisać słówko i tegorocznym IV Półmaratonie Zielonogórskim. Chyba jednak podświadomie odwlekam ten moment. Wiele sobie po nim obiecywałem, ale niestety przepaliłem i zamiast życiówki wyszedł czas 4 minuty gorszy niż rok temu. Dwa tygodnie później pobiegłem w Maratonie Warszawskim i to był najwspanialszy mój bieg sezonu. Ale niesmak pozostał…

Kiedy więc Asia napisała mi, że jest półmaraton w Skwierzynie i biegnie ona i Piotrek to coś we mnie drgnęło. Pojawiła się szansa na poprawę wyniku w półmaratonie i to w doborowym towarzystwie.

Zacząłem więc krótkie przygotowania, w których postawiłem przede wszystkim – i to jest moje postanowienie na dłużej - na wyrównanie tygodniowej objętości treningowej. Druga rzecz to powrót do interwałów na stadionie.

Szczerze powiedziawszy to muszę przyznać, że do tej pory moje treningi były zupełnie bez planu, żeby nie powiedzieć bez sensu. Biegałem po lesie jak potłuczony, straszyłem sarny i zające i miałem z tego radość. Ale czas powiedzieć sobie dość, no bo ile można biegać w strefie komfortu, czas pójść krok dalej. Niedawno trafiłem na blog Marcina z runnerski.pl (podobieństwo nazw naszych blogów zupełnie przypadkowe). Marcin zainspirował mnie do tego, by przyjrzeć się swoim treningom, wdrożyć konsekwencję i oczekiwać wyników. Kupiłem więc „Danielsa” i wziąłem się do roboty.

Nie miałem zbyt dużo jakościowych treningów przed półmaratonem a ostatni z nich pokazał, że jakiś słaby jestem. Miało być 3x1200 w tempie 4:10 z przerwami około 400m. Niestety ledwo utrzymywałem tempo 4:25 a czasem spadało jeszcze bardziej. Było kiepsko a wizja 21 km w tempie 4:44 zaczynała przesuwać się do strefy marzeń. Zatęskniłem za moim jesiennym lasem, bieganiem wśród złotych liści słuchając Pink Floyd zamiast komputerowego głosu audiotrenera Endomondo mówiącego: Średnie tempo odcinka 4:30. Może czas przemyśleć zmianę dyscypliny. Jesteś stary i zmęczony życiem. Szkoda mojej baterii.

Jakoś tak już jest, że przed każdym startem dopada mnie taka niemoc, jakaś taka depresja biegacza, która mówi nie uda się. Nauczony tym doświadczeniem postanowiłem się nie łamać i biec swoje. Dotychczasowa życiówka to 1:41:48. Celem jest jej złamanie a celem ambitnym zejście poniżej 1:40:00. Celuję więc w 1:39:59.

Razem z Asią i Piotrkiem z gorzowskiego teamu dojechały jeszcze Agata i Basia. Zaczęliśmy od ostrej rozgrzewki w rytmie zumby. W zasadzie to mógłbym powiedzieć, że w zumbie czuję się jak ryba w wodzie. Ale muszę dodać, że jak ryba słodkowodna w słonej wodzie lub na odwrót, jak szczupak w oceanie, albo delfin w Odrze. Niby coś tam się ruszam, niby tańczę, ale ni jak tego nie chwytam.

Zumba uczy dystansu do siebie Zumba uczy dystansu do siebie Zumba bardzo uczy dystansu do siebie

Po rozgrzewce przeszliśmy na linię startu i ruszyliśmy! W zasadzie o jakim biegu bym nie pisał, to tutaj mogę wklejać ten sam tekst: pierwszy kilometr za szybko. Ale tym razem drugi też za szybko, potem trzeci, czwarty i kolejny. Wszystkie za szybko. Uznałem więc, że nie biegnę za szybko tylko po prostu nie doceniłem przed startem swoich możliwości i bardzo mi się ta myśl spodobała. Zamiast więc 4:44 zacząłem trzymać tempo 4:34.

Stawka biegu zaczęła się formować a ja złapałem równy rytm z dziewczyną, która biegła obok mnie. Bardzo fajnie mi się z nią biegło. Zacząłem się tylko martwić, że jej może się to nie spodobać, nie każdy lubi takich przyklejaczy. Na pierwszym punkcie odżywczym ona zwolniła by złapać kubek z wodą, ja zaś pobiegłem dalej. Po chwili jednak dobiegła do mnie, złapała rytm i powiedziała: „bardzo fajnie mi się z panem biegnie”. No mi też! I tak biegliśmy razem kilka kilometrów. Jak się okazało, Ola wywalczyła 5 miejsce open kobiet. Gratulacje, pozdrawiam i dziękuję za wspólny bieg!

Trochę słabo wyglądam na tle tych osiłków Wspólny bieg z panią Olą. Już po nawrocie, a tuż za mną silna grupa

Trasa biegu miała swój nawrót w Świniarach i od tej pory biegliśmy wspólnym odcinkiem. Bardzo lubię takie trasy bo można machać mijanym znajomym. Pomachałem więc Piotrkowi, potem Asi  a potem Agacie i Basi. No i cały wymachany biegłem dalej.

I tu docieram do puenty historii o moich półmaratonach. Półmaraton boli. Od 16 km pomalutku, a od 18 km na całego. Boli jak wściekły pies. Muszę jeszcze popracować nad tym, żeby cały półmaraton przebiec kiedyś równo. Tym czasem czuję jak tempo nieco siada i coraz więcej kosztuje mnie walka z samym sobą. Niektórym biegaczom przed metą włącza się tryb „wyprzedź ilu się da”. U mnie to działa inaczej. Nagle zaczynam słyszeć w głowie głos, który mówi: „Spokojnie, jest dobrze, życiówka w zasięgu, z nikim się nie ścigasz, nic nikomu nie musisz udowadniać, zwolnij, nie forsuj się…”. A ja może chciałbym się ścigać, chciałbym udowodnić sobie, że biegnę równo każdy kilometr i jestem świetnie przygotowany. No ale nie tym razem. Nieco zwalniam i człapię do mety. Tradycyjnie im bliżej tym dalej. Ostatni kilometr ciągnie się nie miłosiernie.

Wbiegam w końcu na Rynek miasta i widzę metę na wprost jakieś 100 metrów  przede mną. Przyspieszam – a przynajmniej tak mi się wydaję – i nagle widzę coś dziwnego. Przed metą stoi tłum kibiców zagradzając ją na całej szerokości. Podbiegam bliżej i dociera do mnie bolesna prawda. Żeby przekroczyć metę muszę jeszcze obiec ratusz i wbiec na nią od drugiej strony. Boli, ale dramatu nie ma. Obiegam ratusz i widzę zegar odliczający czas biegu! Niesamowite! Przekraczam metę z czasem 1:36:28! Jestem zrehabilitowany!

Dostaję medal ale przypominam sobie, że trasa nie jest atestowana więc spoglądam na telefon (tak, wciąż korzystam z Endomondo, może kiedyś dołączę do teamu Garniaków). Widzę dystans 20 km i 850 metrów. Trochę krótki ten półmaraton. Organizatorzy przez megafon zapewniają, że trasa na pewno nie jest za krótka, może być dłuższa o 10m, ale nie krótsza. Była mierzona kilka razy różnymi urządzeniami, więc niegrzecznie byłoby im nie wierzyć. Dobiegam więc na lajtowym truchcie do pełnego dystansu i… koniec. Udało się. Lub jak mówi Justyna Kowalczyk: nic się nie udało, to efekt ciężkiej pracy.

Wszystkim się udało. Cały nasz zielonogórsko-gorzowski team poszedł na grochówkę po czym wspólnie cieszyliśmy się ukończonym biegiem. Asiu, Piotrze, Agato, Basiu - serdecznie gratulacje i podziękowania za udaną, wspólną imprezę. Aśka - jeszcze raz przepraszam, że Cię przegapiłem na starcie i Ci nie kibicowałem. W ramach pokuty pobiegnę dzisiaj 10 km.

Radość i odpoczynek

Jestem bardzo szczęśliwy. To chyba pierwszy bieg w tym sezonie, który ukończyłem z lepszym czasem niż bieg na tym samym dystansie w minionym sezonie. Gorsze starty w tym roku to oczywiście efekt kontuzji, ale niesmak był. Na szczęście już nie ma. Wracam do domu i nucę w samochodzie „I believe I can fly…”.

 

P.s. W wydarzeniach, o których traktuje ten wpis najważniejsze skrzypce odegrali: Asia, Piotrek, Agata i Basia, pani Ola, Ratusz w Skwierzynie, strój biegowy w kolorach czarnym i czerwonym dodający 10 pkt. do prędkości, publiczne odtańczenie zumby, które dodaje 20 pkt do dystansu do siebie.

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl