Bieganie to emocje!

Parszywa 12 - już nie taka parszywa

Parszywa 12 - już nie taka parszywa

2016-06-26

Dziś przebiegłem VI edycję Parszywej Dwunastki, kolejny bieg z mojego kalendarza. Parszywa to bieg, który darzę szczególnym sentymentem, bo w 2013 roku były to pierwsze zawody, w jakich wziąłem udział.

Wtedy byłem jeszcze „pączuszkiem” i ukończyłem ją w czasie 1:05:37, była radość. Rok później 58:02, spora poprawa i do dziś był to mój oficjalny rekord tej trasy, gdyż w 2015 roku, po kontuzji przebiegłem ją w czasie 59:00.

Poniżej zdjęcia z kolejnych lat, od lewej: 2013 - pączuś na mecie; 2014 - patrząc od lewej, to ten drugi to ja. Jest życiówka!; 2015 - bez rekordu, ale mogę biegać po kontuzji.

Parszywa 12 2013r. - pączuś na mecie Parszywa 12 2014r. Ja to ten daleko w tle. Parszywa 12 2015r. Nie ma życiówki, ale mogę biegać!.

O samym biegu napiszę niewiele, ale chcę opowiedzieć o tym jak się do niego przygotowywałem.

Mam ten komfort, że mieszkam tuż przy Parku Piastowskim i na linię startu mam jakieś 150 metrów. Jakoś tak się też złożyło, że trasa Parszywej to moja główna trasa treningowa. Znam ją wiec na pamięć i mówiąc „na pamięć” mam na myśli naprawdę na pamięć. Znam każdy,  wredny korzeń, wiem gdzie wystąpią kałuże w zależności od pogody, wiem, którą stroną ścieżki biec, żeby zoptymalizować  czas, wiem gdzie spotkam kozła, gdzie sarnę i w którym drzewie ptaki mają swoją dziuplę. Ma to swoje dobre i złe strony. Szczerze powiedziawszy tęsknię za treningiem po płaskiej trasie, gdzie mogę biec równym tempem i obserwować tętno, czasem mam po prostu dość podbiegów a nawet zbiegów. Z drugiej strony to pięknie zróżnicowany teren i na tej samej trasie manewrując tempem i tętnem można osiągać różne efekty treningowe.

Trening trasą Parszywej pozwala też wzmocnić nogi i głowę na podbiegach. Wyraźnie to widziałem na dzisiejszych zawodach. Były momenty, że byłem wyprzedzany na prostych odcinkach przez innych biegaczy, ale z łatwością odrabiałem straty na podbiegach właśnie.

Oprócz zwykłych treningów przed dzisiejszym biegiem zrobiłem cztery nieco inne treningi, z czego trzy to podbiegi - każdy inny.

Pierwsze podbiegi zafundowałem sobie 9 czerwca  na górce Tatrzańskiej. To taka górka w pobliżu trasy z bardzo stromym nachyleniem, około 100m. Trening bez polotu, pomyślałem, że będę na nią wbiegał i zbiegał, ot i cały plan. Niestety Tatrzańska ma fatalne podłoże, środkiem nie da się biec, jest piach, mocno spękany i wyrzeźbiony przez spływające strugi po deszczu, nierówno, fatalnie. Wbiegałem więc bokiem gdzie z kolei jest mnóstwo korzeni. Zatem oprócz podbiegów miałem też skipy, żeby nie wyłożyć się na tych wredotach. Wbiegłem sześć razy i głowa odmówiła posłuszeństwa. Mój mózg odrzucił korzyści płynące z tego środka treningowego i kazał natychmiast wracać do domu i zjeść czekoladę. Wobec tak stanowczej prośby byłem bezbronny.

12 czerwca niespodziewanie wystartowałem w zawodach, w Szczęśliwej 10. Bieg przy okazji święta wolontariatu. Grzało niemiłosiernie i nawet w lesie było nie do wytrzymania. Dobiegłem, byłem nawet czwarty w swojej kategorii. Właściwie to byłem piąty, ale jeden z zawodników startował w kategorii „wolontariat”, więc wyleciał z open. Tak czy inaczej gdy wróciłem do domu i Ania zapytała jak mi poszło odpowiedziałem, że mam najgorsze miejsce! Jak to najgorsze? Najgorsze dla sportowca – wyjaśniam – czyli czwarte, tuż za podium :)

W poniedziałek, 13 czerwca postanowiłem na zmęczeniu zawodami zrobić mocniejszy trening trasą Parszywej, żeby nieco wystraszyć organizm i zachęcić do szybszego robienia postępów. Nie biegłem na maksimum możliwości, absolutnie, a mimo to przebiegłem w czasie 55 minut i 26 sekund! Z jednej strony niedowierzanie i radość, że przecież bieg był zaledwie komfortowo trudny a tu taki czas! No brawo ja, ale z drugiej strony sam sobie podniosłem poprzeczkę na zawody. Mój rekord trasy poprawiony o prawie 3 minuty. I co teraz?

15 czerwca znów trasa Parszywej w pierwszym zakresie, a dzień później podbiegi. Tym razem na ostatnim odcinku ostatniego podbiegu - Szlaku Pocztowego. Odcinek krótki, więc pozwoliłem sobie na 15 podbiegów starając się by ostatni był tak samo szybki jak pierwszy. Przy okazji odkryłem, że ten ostatni odcinek, najbardziej stromy to zaledwie niecałe 100 metrów, a zawsze miałem wrażenie, że nigdy się nie kończy. I to był najistotniejszy bodziec, który wrócił z mocą na kolejnym, podbiegowym treningu.

20 czerwca – sześć dni do godziny P12 – kolejny lajcikowy trening trasą biegu a dwa dni później znów podbiegi. Pomyślałem, że pobiegam, bez spinania się, cały ostatni podbieg, czyli cały Szlak Pocztowy. To ostatni kilometr Parszywej 12, ten który morduje nam serca i płuca, ten który odbiera nam resztki sił i nakazuje mózgowi by się ratował, by odłączył resztę mniej ważnych organów jak nogi czy ręce, ten, który pozbawia nas godności i odbiera ostatnie okruchy pewności siebie. Zawsze mnie przerażał. Biegłem P12 i myślałem, że trzeba oszczędzać siły na ostatni podbieg.

Podbiegłem go tylko cztery razy (cały trening to niecałe 5km), ale za to w mojej głowie wydarzyło się coś bardzo ważnego. Zdałem sobie sprawę, że ten podbieg nie jest taki straszny. Podzielił mi się na trzy części. Pierwsza to prawie płasko, minimalnie pod górkę, da się go biec naprawdę mocnym tempem. Drugi odcinek jest już bardziej stromy, ale nie ma dramatu, zwykły podbieg. No i końcówka była dla mnie naprawdę męcząca, ale już wiedziałem, że to tylko 100m. Sto metrów, prosta i meta! Podbieg się oddemonizował a trening dał mi naprawdę dużo radości.

Na dwa dni przed startem pobiegłem jeszcze spokojne 9km, żeby mi się nogi nie pozrastały i byłem gotowy.

W sobotę przeżywaliśmy straszne upały ale wieczorem przyszła burza i poprawiła humory wszystkim startującym. Niestety za bardzo przejęła się swoją rolą i jeszcze w niedzielę rano trochę padało, wiało i było dość zimno. Temperatura jak najbardziej ok, ale wiatr i wilgotność… niekoniecznie.

I zimno i pada, i zimno i pada, i zimno i tak bez końca...

Na linię startu poszliśmy z Mariuszem i Darkiem, w czasie rozgrzewki spotkaliśmy Maćka i Marcina a potem jeszcze zamieniłem słowo z Mirkiem i z Anią. Dużo znajomych, to lubię! Widzę też sporo osób z Nowej Soli, Wolsztyna i dziewczyny z Mirostowic. Czyli wszyscy już są :). Wystrzał startera i lecimy.

Pierwszy kilometr jest z górki więc wyszedł bardzo szybko. I dobrze! Chcę dać z siebie wszystko. Biegnę i odhaczam kilometry. Na prostej czasem mnie ktoś wyprzedza ale doganiam go na podbiegu. Na siódmym kilometrze czuję, że chyba się zmęczyłem. Mimowolnie zwalniam ale po chwili czuję, że tempo jest zbyt komfortowe jak na zawody, co potwierdza też mój pulsometr, więc mówię do siebie: Leniuszku, to zawody! Grzejesz! No to grzeję!

11 km, za chwilę ostatni podbieg, który już nie przeraża. Mijam go prawie lekceważąco i wypatruję Ani z dzieciakami. Są! Dopingują, krzyczą! Gdy mam ich już za plecami słyszę jak Ania krzyczy „Uważaj, goni cię!”. No i widzę, ktoś mnie goni :) Może 60 metrów do mety a tu ktoś chce mnie wyprzedzić. O nie, puszczam hamulce i znacząco przyspieszam. Mam nadzieję, że to go zniechęci i odpuści. Niestety zawodnik okazał się twardszy niż myślałem i… też puścił hamulce! Ania patrzy, dzieci patrzą a on mnie wyprzedza! Co to, to nie włączam turbo i okazuje się, że mam jeszcze sporo mocy w nogach. Panowie! To jest bieg na 12 km a my finiszujemy jak w biegu na 100 metrów :) Tuż przed metą zegarek zarejestrował tempo 2:17min/km. Jak się okazało wbiegliśmy jednocześnie. Czas brutto 53:48, netto 53:43. Podziękowałem finiszerowi za wyrównaną walkę i zacząłem się zastanawiać czy ta moc na koniec to tylko wpływ adrenaliny, dopingu rodziny i ukłucie ambicji, czy może źle rozłożone siły, może można było jeszcze coś urwać na trasie… Może… Biegaczowi zawsze mało.

W porównaniu do zeszłego roku poprawa o ponad 6 minut. Oczywiście mój rekord trasy. Na tym dystansie to - jak dla mnie - dużo, bardzo cieszy. Wielkie gratulacje dla wszystkich, którzy ukończyli bieg a zwłaszcza dla tych, którzy osiągnęli swoje prywatne cele. Gratulacje zwłaszcza dla Mariusza, Darka, Ani, Maćka i Marcina, który dzielnie prowadził Maćka do celu.

Dream Team 2016!

Teraz czas na zasłużony odpoczynek a potem przygotowania do sezonu jesiennego. Wiosenny uważam za udany: poprawa w Maratonie, poprawa na 10km, nie zemdlałem na półmaratonie w Nowej Soli.

Plan na jesień? Poprawa w Maratonie, poprawa na 10km, nie zemdleć na półmaratonie w Zielonej Górze. Do zobaczenia na trasie!

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl