Bieganie to emocje!

Wakacyjne bieganie, czyli nie traćmy formy

Wakacyjne bieganie, czyli nie traćmy formy

2016-08-25

Wakacje to nie jest dla mnie najlepszy czas na bieganie. Raz, że za gorąco, dwa, że wyjazdy, trzy, że to trochę taki czas na ogarnięcie niezamkniętych, domowych spraw. Nie mniej udało się jednak coś tam pobiegać. A prawie wszystkie treningi tych wakacji były z podbiegami w tle.

W lipcu przebiegłem 125km, na które złożyło się 12 treningów. Bez fajerwerków. Oprócz mojego typowego treningu trasą Parszywej Dwunastki biegałem podbiegi i zrobiłem sobie test Coopera. Udało się przebiec 3,09 km, czyli niecałe 150 m lepiej niż ostatnio. Brawo ja.

Za to sierpień był bardzo ciekawy, głównie za sprawą wakacyjnego wyjazdu. Jako, że jechaliśmy w Beskidy miałem nadzieję na trochę biegania po górach, trochę podbiegów i szalonych zbiegów na złamanie karku. Pierwszy tydzień mieszkaliśmy w magicznym miejscu, które nazywa się „Chata na końcu świata” i leży w parku krajobrazowym na terenie Beskidu Małego, tuż między Magurką a Czuplem, jego głównymi (i chyba jedynymi) szczytami.

Chata na końcu świata Chata na końcu świata Chata na końcu świata

Do sklepu mieliśmy jakieś 4,5 km w dół (przewyższenie jakieś 600m). Gdy zabrakło nam chleba pomyślałem, że to wymarzona okazja by się przebiec. Zabrałem plecak biegowy, do którego spokojnie zmieści cię bochen chleba i pognałem – tak jak zamierzałem – na złamanie karku. Muszę przyznać, że beskidzkie szlaki są dość specyficzne. Na początku szło gładko, choć trasa do najłatwiejszych nie należała. Było dużo kamieni, na tyle dużych, że można się było o nie porządnie potknąć i na tyle małych, że nie można na nich bezpiecznie stanąć. Najbardziej złośliwy format kamlotów. Zbiegałem dość szybko i zdałem sobie sprawę, że chyba od jakiegoś czasu już nie biegnę szlakiem. Ale jako, że droga szeroka, wyraźnie widać, dwa ślady po pojazdach dwuśladowych, wiec nie martwię tylko tnę dalej. Nagle z dwóch śladów zrobił się jeden. Jak? Dlaczego? Nie wiem, ale droga dość wyraźna więc tnę dalej. Tymczasem droga robi się coraz węższa i coraz mniej wyraźna. Po chwili jest już ledwo widoczną ścieżką na jedną stopę. Tnę dalej, aż droga znika i biegnę trawą! Nie wiem czy wracać (jakiś kilometr czy dwa) czy też biec dalej licząc, że w końcu przetnę jakąś inną ścieżkę. Pomyślałem, że pobiegnę dalej i szybciej i zanim do mnie dotarło, że to bez sensu dobiegłem do kolejnej ścieżki w dół. Uratowany!

Chata na końcu świata Chata na końcu świata Chata na końcu świata

Dobiegłem do Wilkowic i wpadłem do sklepu upocony jak mysz. Kupiłem bochen chleba i boczuś do jajecznicy dla córeczki. Czas wracać. Wizja powrotu tą samą trasą nie napawała mnie przesadną radością. Nawet nie wiem czy trafiłbym w szlak nie mówiąc już o bieganiu w miejscu po turlających się w dół kamieniach. Postanowiłem wracać drogą asfaltową. Nieco dalej, ale za to wygodnie. Tylko pod koniec kilometr po górskiej, kamienistej drodze. O jakże złudna okazała się ta wizja! Co za cholerna góra! Nie tak wyobrażałem sobie beskidzkie podbiegi, widziałem ściany mniej strome niż ta droga! Chyba tyle samo czasu szedłem co biegłem, a gdy dobiegłem do naszej chaty nie miałem ochoty ani na chleb ani nawet na jajeczniczkę z boczusiem. Następne górskie treningi robiłem już tylko granią.

Chata na końcu świata Chata na końcu świata

Kolejny przystanek to Gorce i Rabka Zdrój. Pierwszy „trening” to właściwie wędrówka po górach, w sumie ponad 20 km, co też dało nogom porządny bodziec. Potem jeszcze dwa treningi 10 km i półmaraton, które miały ten sam schemat: połowa dystansu pod górę a potem powrót w dół.

Z miłością mojego życia :) Wymarzona pozycja podczas wędrówki Droga woła

Po powrocie z urlopu, zmęczony podbiegami poszedłem na stadion, gdzie chciałem zrobić coś krótko a dobrze i niechcący wykręciłem „życiówkę” na 5 km (20 min. 35 sek.) co wcale nie było dobrym pomysłem bo dwa dni później miałem biec „Krośnieńską 10”.

Podsumowując: wakacje dały mi sporo bodźców siłowych i wytrzymałościowych, na to liczyłem i udało się to w miarę możliwości zrealizować. Starałem się też nie unikać treningów w wyższych temperaturach. Oczywiście zawsze w czapce, zawsze nawodniony, zawsze z kontrolą tętna, zawsze z umiarem.  Czy to wszystko przyniesie owoce w najbliższych startach? Odpowiedź już niebawem!

Najnowsze wpisy

Tematy

Archiwum

© 2017 Radek Rudziński
Projekt i wykonanie brodex.pl